Bycie wysokim dzieckiem niesie ze sobą kilka dodatkowych aspektów. Tak aspektów, bo nie wiem czy nazywanie ich problemem będzie słuszne. Jeśli już to określenie: wyzwanie, będzie ok.
Jak się zapewne domyślacie, należałam do tych wyższych dzieci. Czy to w przedszkolu czy potem w szkole, zawsze górowałam nad innymi – i nie chodzi tu o moje organizatorskie zamiłowanie i bycie nadzwyczaj aktywną 🙂
Przedszkole:
-pora obiadowa – wszystkie dzieci jedzą przy normalnych stolikach, a Basia przy stole wychowawczyni. no bo niski !
– występy z okazji Dnia Mamy, Babci czy jeszcze innych, dzieci występują, tańczą w parach, a Basia nie tańczy, bo …. nie ma takiego wysokiego chłopczyka.
– występy, już nie w parach, Basia już tańczy, ale z tyłu, żeby nie przesłaniała innych dzieci.
– pora leżakowania: (nie cierpiałam tego!) dzieci leżakują, a Basia nie, no bo jak leżakować na za małym łóżeczku.
– plac zabaw: dzieci zjeżdżają na zjeżdżali, a Basia nie ma gdzie zjechać bo zjeżdżalnia przecież za krótka.
Podstawówka:
– pamiętam co roku zdjęcia klasowe! a jak zdjęcia to Basia naturalnie ustawiona gdzieś z tyłu. Żeby nie przesłonić innych dzieci
– zabawy przed szkołą i ulubione huśtawki, które dla Basi okazywały się być nieosiągalne, no bo jak usiąść w za małym siedzisku?
– po kilku miesiącach wiercenia się przy ławce, pani wychowawczyni zauważyła, że ta jest chyba nieco za niska – nastąpiła wymiana i moje kolana wreszcie poczuły ulgę
– toaleta i przeglądanie się w lustrze – a raczej próby przejrzenia się w nim i zadawane sobie pytanie czemu powiesili je tak nisko?
…i wiele, wiele tym podobnych perypetii, aż nastał dzień kiedy do szkoły przyszło dwóch panów, którzy werbowali do szkoły sportowej, nieco wyższą młodzież. Byli to, jak się potem okazało, moi trenerzy:) Dziś już niestety św. pamięci trenerzy: Jan Bobczyk i Wojciech Pietkiewicz.
To dzięki nim moje dzieciństwo nabrało nazwijmy to kolorów. W Sportowej przeciętna wzrostu była zdecydowanie inna 🙂 Na zdjęciach już mogłam stać gdzieś po środku; nikt nie musiał wymieniać mi ławki; posiłki jadłam z resztą kolegów i koleżanek przy uczniowskim stole; a gdy była dyskoteka czy występy szkolne, zawsze znalazł się wysoki partner do tańca. A do tego wreszcie się coś działo: trening, za treningiem, wyjazdy i spojrzenia kibiców , często z komentarzem “ależ mamy teraz taką piękną, wysoką młodzież”.
Dzisiaj:
nie rozpatruję, że miałam przekichane za dzieciaka. Chociaż nie ukrywam, że czasem było mi przykro, kiedy, no wiecie, podpierałam ścianę na tych dyskotekach 😉 Wyrosłam jednak i dosłownie i w przenośni na PONADWYMIARową kobietę, która z każdym dniem coraz bardziej upewnia się, że bycie wysokim, to naprawdę fajna sprawa !
Leave a comment